Jednakże dzisiaj po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że niewątpliwie tak jest...
Zajechaliśmy dziś z eM do Piekielnego Marketu w celu nabycia zamiennika przepalonego halogenu.
Jednakże o dziwo eM naszła ochota na małe zakupy ubraniowe.
Tutaj muszę nadmienić, że eM na zakupy nie wybrał się wystrojony jak ta lala.
O ile nie jedziemy od razu po jego pracy, gdzie z racji pełnionej funkcji musi się godnie, elegancko prezentować, to raczej prywatnie nosi się dosyć luzacko: typ bojówki, bluza itd...
Ja wyglądam zawsze dość "przyzwoicie", jak to baba.
Zdarzyło się dzisiaj akurat tak, że eM zapragnął wejść oblukać buty w dosyć "eleganckim" sklepie...
Przed wejściem stwierdził ze śmiechem, że pewnie w tym stroju nie zostanie obsłużony...
Ja też się zaśmiałam i weszliśmy.
Na nasze " dzień dobry" padła mało entuzjastyczna odpowiedź...
No cóż każdy może mieć gorszy dzień...
eM zaczął przyglądać się asortymentowi...
Ja sobie przysiadłam nieco zmęczona.
Minął jakiś czas i żadna z pań nie pofatygowała się z zapytaniem, czy w czymś mu pomóc...
W sumie nie przeszkadzało mi to, bo nie lubimy natrętnych sprzedawców.
Do czasu...
Do sklepu wszedł bardzo elegancko ubrany mężczyzna w średnim wieku.
Nie zdążył się nawet po półkach rozejrzeć, gdy panie go obskoczyły i na przemian zaczęły wypytywać, co by chciał, czego sobie życzy, czego szuka...
Wtedy otworzyły mi się oczy...
Przyglądałam się przez chwilę owym paniom z drwiną wymalowaną na twarzy.
Po czym jedna spojrzała na mnie i się zreflektowała, że może jednak eMa na co stać i może co uda mu się wcisnąć, ale ja zdążyłam w te pędy złapać go pod pachę i opuściliśmy "przybytek luksusu" z głośnym komentarzem o beznadziejności personelu i niskiej jakości obsługi klienta, zostawiając panią ekspedientkę z lekko rozdziawioną buzią.
Ja standardowo coś tam się zaczęłam pultać po wyjściu, ale eM uspokoił mnie z uśmiechem na ustach mówiąc, że osobiście spotkał się z tym pierwszy raz, ale słyszał, że jego kumple mieli takie przypadki, gdy byli "nieodpowiednio" ubrani...
Zastanawia mnie tylko jedno czy te panie i panowie pracujący w tych sklepach nie oglądali "Pretty Woman"??
Jeśli nie - to powinni...
Nauczyliby się, że ubiór jednak nie świadczy o zasobności portfela i ilości kart płatniczych...
Poza tym załóżmy, że ktoś chciałby mieć jakiś super gadżet i zbierał na niego miesiącami, to czy jego pieniądze będą gorsze od pana czy pani ze złotą kartą kredytową? Czy nie zasługuje na miłe traktowanie?
Ehhhh, żeby w takich czasach, gdzie szaleje konkurencja, gdzie ciężko utrzymać klienta - mieć takich fatalnych pracowników... Nam korona z głowy nie spadła, ale skoro firmę stać na straty...
Dziś z pewnością straciła dobrego klienta... Na amen...
Przy statystycznym założeniu, że nie był to pierwszy i ostatni taki przypadek - biorąc pod uwagę kolegów eMa chociażby, nie pozostaje mi nic innego jak zakończyć tą historyję okrzykiem:
Tak trzymać!
;D
A to kapela naszego przyjaciela, tego typu panów "ekskluzywne" sklepy niechętnie obsługują między innym... Ciekawe... :D
Na twarzy lady pojawił się uśmiech nr 6 (w sensie - anioł w ludzkim ciele), gdy poznała w osobie księdza kolędnika samego proboszcza.
lady: Proszę księdza musimy chwilę zaczekać!
proboszcz: A czemuż to dziecko?
lady: Bo nie ma jeszcze mojego męża.
proboszcz: a gdzież On?
lady: Nadjeżdża...
proboszcz: No dobrze dobrze to niech tu szybko przyleci...
Lady szarmanckim gestem zaprosiła księdza proboszcza na salony...
Wpada zdyszany eM i tłucze się w przedpokoju próbując wyzwolić się z kufajki.
Na to lady już usatysfakcjonowana:
"Może herbatki, kawki, naleweczki domowej roboty? Tak zimno na dworze... " (tu następuje w wykonaniu lady uśmiech węża kuszącego Ewę).
proboszcz śmiejąc się: oj dziecko, już nie mam miejsca, ale... bardzo chętnie skorzystam z toalety, bo już wytrzymać nie mogę a u cioci twojej to jakoś się wstydziłem...
Lady wskazuje drogę, w korytarzu spotykają wyzwolonego eM i tu następuje powitanie panów.
Zasiadłszy przy stole proboszcz wyciągnął jakąś taką kartotekę.
Lady zadrżała.
Zaczęło się przesłuchanie.
proboszcz: Jak macie na imię?
Który rocznik? Na to pytanie odpowiedź lady tak zaskoczyła księdza, że aż z radości prawie głową sufit wybiła, gdy proboszcz zrobił wielkie oczy ze zdziwienia, że ona taka stara a tak młodo itd...
Z jakiej parafii się wywodzicie?
Potem padło oczywiście pytanie a właściwie nawet stwierdzenie, które prędzej czy później paść niestety musiało:
"Ślub kościelny oczywiście macie..."
Tu lady zaczęła nerwowo kopytkiem pod stołem przebierać, jednak wyznała w końcu, że nie...
Proboszcz się zmartwił...
Stwierdził, że powinni się - ona i eM tą sprawę możliwie szybko załatwić, że on pomoże, że wystarczą zaświadczenia z ich parafii i mają przyjść, no bo jak to tak, gdyby się ksiądz dziekan K. dowiedział, że lady - jego owieczka, taka miła i grzeczna tak bez ślubu...
"To by mnie z pewnością ekskomunikował." z niewinnym uśmieszkiem zaszczebiotała lady.
Proboszcz przyjrzał jej się uważnie i zaczął roztaczać wizję jak to ewentualne przyszłe dzieci lady i eMa będą miały zniszczone papiery (w sensie kościelnym), bo to będzie zapisane i zapamiętane na wieki i już!!!
Dziecię kariery w strukturach Kościoła nie zrobi!
Nigdy!
Dziekanem, prałatem ani biskupem nigdy nie zostanie...!
Ojjj nieeee...
No chyba, że w zakonie, bo zakon to przejmuje role rodziny, zmienia się imię wstępującemu czyli tożsamość i tam by dało rade coś osiągnąć może a tak to nie...
Lady słuchała wpatrzona w księdza proboszcza jak wrona w gnat.
Czuła się tak, jakby zasiadała przed Wielkim Inkwizytorem.
Wyobraźnia podsuwała coraz to nowe ciekawe, coraz to komiczniejsze obrazy.
Kąciki ust lady zaczęły się niebezpiecznie unosić, drgać.
eM znany ze swej elokwencji i łatwości odnajdowania się w każdej sytuacji zadawał zgłębiające temat pytania i nakręcał proboszcza coraz bardziej.
W końcu lady ucięła temat stwierdzając, że jak tylko czas pozwoli z pewnością się pojawią, by zacieśnić więź z Kościołem.
Odetchnęła z ulgą.
Katastrofa została powstrzymana.
Potem jeszcze porozmawiali na szczęście o bardziej przyziemnych rzeczach i było sympatycznie.
I proboszcz dał się poznać jako osoba o znacznym poczuciu humoru.
Na końcu się pomodlilim, proboszcz pobłogosławił, wręczylim kopertę, pożegnalim księdza.
Dodatkowo w jakimś płaczliwym nastroju się przebudziła.
Ruszyć jej się ni łapką ni kopytkiem nie chciało, nie mówiąc już o jakimś tam ogarnięciu chałupy.
Niestety z wyra zwlec się trzeba było, bo to już 10-ta wybiła a kolęda miała rozpocząć się o 16-tej.
Już poprzedniego dnia właściwie zdecydowała, że na ślub kumpla eM do Warszawy jechać jej się nie chce absolutnie i już woli chyba tą kolędę odfajkować, niźli tłuc się 140 km razy dwa.
Kombinowała oczywiście, coby tu wymyślić, aby jednak i od ślubu i kolędy łącznie się wymiksować, jednak wszystkie jej potencjalne nawet pomysły spaliły na panewce.
A ukrycie się w garderobie, na pół wieczoru, jako jedynym bezpiecznym miejscu, gdzie spokojnie mogłaby zapalić po zmroku światło koniec końców wydało jej się... trochę nienormalne, nawet jak na nią.
Los zdecydował - klamka zapadła - tegoroczna kolęda dojdzie do skutku...
Nie może zachowywać się jak dzikus będąc w wieku lat bez mała 30-tu.
Z miną skazańca pożegnała o 13-tej eMa, który to wraz z kolegami udał się złożyć kondolencje kolejnemu synowi Manhattanu, który tracił swą wolność.
Wykonała plan porządkowy w około godzinę.
Pozostało czekać.
Tak więc zupełnie nienerwowo, aczkolwiek bez entuzjazmu, zjadła przygotowaną na obiad strawę.
Obejrzała "Frankie i Johnny" po raz drugi w tym tygodniu.
Nawet ucięła sobie drzemkę.
Obudziła się, gdy było już ciemno...
O 18-zadzwonił eM, że jest w połowie drogi powrotnej.
Przygnębiona zbliżającą się nieuchronnie wizytą przetraciła małe co nieco.
Włączyła tv i zagłębiła się ze swego rodzaju fascynacją w apokaliptyczną wizję końca świata wg "2012".
Było po 19-tej i wiedziała, że wizyta księdza niechybnie już tuż tuż.
Zadzwoniła do eM - wjechał do Łodzi!
Od razu lepiej jej się zrobiło, a w sercu pojawiła się nadzieja, że jednak może nie będzie sama w tej przerażającej ją dosyć mocno chwili.
Dzwoniła już do eM co pięć minut niemalże aczkolwiek jechał On z drugiego końca miasta i było ślisko, więc droga wlokła się niemiłosiernie.
Czuła, że liczą się minuty!
Gdy nagle... usłyszała trzask furtki i ujrzała mężczyznę, w sutannie, w śmiesznej czapce na głowie, który udał się wgłąb podwórza do domu ciotki!
Pozostało max 10 min!
eM wciska gaz do dechy!
Lady gryzie pazury!
eM już na skrzyżowaniu!
Lady słyszy glosy na zewnątrz!
eM już na początku uliczki, metry dzielą Go od chałupy!